Czy Dziecko da się naprawić? 


Emocje – co to takiego? Z rozmowy Joanny Sadzik z Izabelą Szczepaniak-Wiechą dowiemy się także, jak sobie z nimi radzić, mając siedem, szesnaście czy czterdzieści lat. Ku ich zrozumieniu poprowadzą nas „kontrolne lampki na desce rozdzielczej samochodu” – które będą przypominać: emocje to informacje; słuchaj i bądź uważny; odpowiedz sobie, dlaczego chcesz coś zmienić; reaguj, zanim problem się rozrośnie.   

Rozmowę przeprowadziła Joanna Sadzik, Prezeska Stowarzyszenia Wiosna, organizatora Akademii Przyszłości.  

Joanna Sadzik: Co to znaczy mieć emocje?

Izabela Szczepaniak­-Wiecha: Nie ma człowieka bez emocji. To jest punkt wyjścia.

Dlaczego w takim razie określenie „jesteś emocjonalny _a” ma wydźwięk pejoratywny?

Bo z emocjami mamy problem. Czy raczej nie tyle z emocjami, co ze sposobami ich okazywania. Niektóre z tych sposobów utrudniają nam życie.

Więc powinniśmy nie okazywać emocji?

A skąd! Rzecz w tym, byśmy się nauczyli z nich korzystać w taki sposób, żeby nam pomagały. Używam czasem takiego porównania – do mnie ono trafia – że emocje są jak lampki kontrolne na desce rozdzielczej samochodu. Sygnalizują coś istotnego, na co powinniśmy zareagować. Jest jakaś emocja, z którą sobie gorzej radzisz?

Obrzydzenie.

Świetnie, mamy to. Wiele osób wymienia złość, smutek, wstyd. Ale trzymajmy się obrzydzenia. Czujesz je – czyli dostajesz informację od samej siebie. Warto to uczucie potraktować właśnie w taki sposób, jako informację. Co ta informacja zawiera? Zanim zareagujesz, zadaj sobie to pytanie.

Ale czasem to się dzieje tak szybko, to są ułamki sekund, czuję i od razu…

…nie jesteś w stanie powstrzymać się przed gwałtowną reakcją? Oczywiście, to trudne. Reaguje ciało, hormony. Ale mimo wszystko da się pomiędzy znaleźć tę przestrzeń – dla siebie, na świadomą decyzję, co chcę zrobić, jak zareagować. Czy za każdym razem muszę krzyczeć? Trzaskać drzwiami? Czy nie mogę sobie darować komentarza typu „głupoty gadasz”?

Czyli nie mam ignorować tego uczucia, tylko…

Wręcz przeciwnie! Korzystaj z informacji, którą przekazuje ci „sygnał alarmowy”. Jeśli emocja jest silna, to znaczy, że informacja jest o czymś naprawdę ważnym.

Już dla dorosłego takie świadome decydowanie o tym, co zrobić z emocjami, które czujemy, jest dużym wyzwaniem. A jak tłumaczyć to dzieciom? Wydaje się to ekstremalnie trudne.

Po pierwsze, trzeba dawać przykład. Czyli – wracamy do tego – zapytać siebie, czy w naszym życiu jest miejsce na emocje, również te trudne. Jeśli tak – pozwólmy na to, by taką przestrzeń miały też nasze dzieci.

Zamiast mówić „nie płacz”, „nie złość się”, „uspokój się”…

… albo porównywać: „jak Kasia była w twoim wieku, to tak nie płakała”. Równie zamykające na pełne doświadczanie emocji jest ich umniejszanie: „co tak płaczesz, przecież nic takiego się nie stało”. Na krótką metę to czasem działa, ale gdy ktoś doświadcza czegoś naprawdę trudnego, to już nie ma dróg na skróty. Wtedy trzeba umiejętnie towarzyszyć dziecku, nie zaprzeczać jego emocjom. Ale żeby to było możliwe, najpierw musimy nauczyć się doświadczania własnych uczuć.

Da się to przełożyć na takie praktyczne wskazówki? Co możemy robić, gdy widzimy, że dziecko doświadcza bardzo silnych emocji?

Najważniejsze to nie bać się tego, że dziecko te emocje przeżywa, uznać – ale tak naprawdę, nie tylko na poziomie deklaracji – że emocje, także te silne, są w porządku. Prawdę mówiąc, bardziej obawiałabym się sytuacji, gdy dziecko nie pokazuje emocji, niż gdy je przeżywa, nawet bardzo ekspresyjnie. Po drugie: słuchać. Po trzecie wreszcie: słuchać i nie komentować. Powstrzymać się od dawania od razu dobrych rad, od oceniania.

Pomóż Dziecku, które nie wierzy w siebie.
Poznaj historie Dzieci z Akademii Przyszłości i ufunduj Indeks Sukcesów.

Są badania, które wskazują, że sześćdziesiąt procent dzieci ma poczucie, że rodzice ich nie słuchają. Nawet wtedy, kiedy te dzieci mają bardzo poważne problemy.

Bo słuchanie wcale nie jest łatwe. Szczególnie dla tych z nas, którzy sami nie byli słuchani. Trzeba to ćwiczyć, nauczyć się tego. Zacznijmy od takiego wyzwania: słucham cię przez trzydzieści sekund – bez przerywania, bez komentowania. Udało się? To następnym razem przez minutę. Nie dogaduję, nie robię oceniających gestów, siedzę, patrzę w twoim kierunku, słucham. Nie robię wtedy nic innego, nie wychodzę do kuchni zrobić sobie herbatę, nie sprawdzam powiadomienia w telefonie. Słucham i jasno to pokazuję. To może przynieść zadziwiające efekty.

Dziecko zobaczy i poczuje, że to, co mówi, jest dla nas naprawdę ważne, istotniejsze od innych spraw.

Tak, przecież wszyscy mamy taką potrzebę, nie tylko dzieci – żeby ktoś nam dał swoją uwagę, wysłuchał nas.

Jakie jeszcze mamy narzędzia, by pomóc dzieciom lepiej radzić sobie z emocjami?

Możemy spróbować te emocje trafniej nazywać. Widzimy, że dziecko jest zdenerwowane, złe na coś. Zamiast nic nie wnoszącego „uspokój się” (bo przecież nasze słowa nie mają magicznej mocy), powiedzmy lepiej: „Wydaje mi się, że jesteś zdenerwowany, rozumiem, że to mogło cię zezłościć”. Poza wszystkim wysyłamy wtedy sygnał: twoja złość jest dla mnie w porządku, nie zaprzeczam twoim emocjom, „czytam” je, są dla mnie informacją.

Kontrolną lampką…

Właśnie tak! I wtedy możecie razem spróbować dojść, o co w tej emocji chodzi, jaka to informacja, jak na nią można odpowiedzieć.

A co zrobić, gdy moje dziecko z powodu swojej złości zachowuje się tak, że jest mi wstyd? Na przykład jesteśmy w przestrzeni wspólnej i ono reaguje na coś agresywnie – co robić bezpośrednio w takim momencie i jak potem o tym z dzieckiem rozmawiać?

W ramach – nazwijmy to – pomocy doraźnej, na pewno trzeba spróbować się zatrzymać. Jeśli to możliwe – przerwać istniejący stan rzeczy, może wyjść, stanąć obok. To raz. Dwa – nie nakręcać się myślami w rodzaju „co za niegrzeczne dziecko!”, „jak ono tak może?”. To tylko strata energii, nie przynosi nawet chwilowej ulgi – jest bez sensu.

Czyli nie oceniać?

Nie iść za tym. Bo takie myśli pojawią się automatycznie, ale możemy mieć nad nimi kontrolę.

Co dalej?

Spróbować – wiem, że to w takiej sytuacji szalenie trudne – uświadomić sobie, że skoro dziecko reaguje tak gwałtownie, to znaczy, że dzieje się coś dla niego bardzo ważnego. Często pomaga zmiana perspektywy, rozumiana dosłownie – przykucnięcie, zejście na poziom oczu dziecka. Czasem dotyk, przytulenie – choć nie zawsze, pod tym względem ludzie bardzo się różnią. Wreszcie próba nazwania emocji, opowiedzenia sobie na głos tego, co się z nami dzieje.

Zawsze dosłownie?

Niekoniecznie. Świetna może być metafora, jeśli tylko wiemy, że nam pomaga.

U nas w domu mamy takie określenie: „piłko-szał”. Jeśli któreś z nas jest zdenerwowane, mówi, że zbliża się „piłko-szał”, nawet pokazuje na ciele, gdzie już jest. To oznacza, że wiem, że zaraz mogę wybuchnąć. Więc lepiej, jeśli przynajmniej na chwilę się zatrzymamy.

Świetne! Takie narzędzia bardzo pomagają zrozumieć, co się z nami dzieje. A to decydujący krok do tego, by znaleźć przyczynę, odczytać tę ukrytą w emocji informację. Czasem to może być coś banalnego – na przykład dziecko jest po prostu zmęczone…

… albo głodne…

… a innym razem może chodzić o coś bardziej złożonego. Na przykład wściekłam się, gdy rodzice kazali mi się podzielić z kimś moją zabawką, bo ta zabawka jest dla mnie bardzo ważna, jest specjalnym prezentem, który dostałam od babci, i nie chcę, by ktoś, kto o tym nie wie, więc może nie dość ostrożnie się z nią obchodzić, teraz się nią bawił. Gdy będziemy umieli to nazwać, otworzymy przestrzeń na zupełnie inny, pełniejszy sposób komunikacji. Pokażemy dziecku nie tylko to, że je rozumiemy, ale też, że nie przypisujemy mu złych intencji.

Nieco upraszczając – czyli wystarczy adekwatnie i uczciwie nazywać to, co się wokół nas dzieje?

Najczęściej tak, choć bądźmy też otwarci na to, że czasem możemy coś opatrznie zrozumieć, nasz opis będzie wtedy nietrafiony. Gdy nie jesteśmy pewni tego, co dzieje się z naszym dzieckiem, możemy spróbować powiedzieć mu, co zrobilibyśmy w jego sytuacji. To może być bardzo otwierające. Albo spytajmy: „A co ty chciałabyś teraz zrobić?”. Chodzi w tym przede wszystkim o to, by dziecko miało powody uznać, że to, co się z nim dzieje, jest w porządku, że może przeżywać emocje i próbować je zrozumieć. Że nie musi im zaprzeczać, by kogoś zadowolić lub „nie sprawiać kłopotu”.

Da się uogólnić, o czym najczęściej mówią nam określone emocje?

Gdy czujemy złość, zwykle chodzi o to, że nasz dobrostan jest zagrożony, ktoś przekroczył nasze granice, zawiódł nasze oczekiwania. Pod złością często też kryje się smutek. Albo wstyd. Czasem nazywam złość taką pokrywką – gdy ją podniesiemy, wtedy z naczynia emocji wychodzą te ukryte. Kiedy się ujawnią, dochodzi do rozładowania napięcia, a rozwiązanie problemu często „objawia” się samo.

A czy warto wracać do tych trudnych, wybuchowych sytuacji? Rozmawiać z dzieckiem po jakimś czasie – na przykład tego samego dnia wieczorem – o zdarzeniu, podczas którego doświadczyło bardzo silnych emocji?

Tak, przy czym ważne jest, byśmy wiedzieli, po co to robimy. I od tego zależy, jak taką rozmowę poprowadzić. Czy na przykład chcemy się upewnić, że dziecko jest już spokojne? Czy chcemy pomóc mu nauczyć się radzić sobie z takimi emocjami w przyszłości? Czy może chodzi nam jeszcze o coś innego?

Pomóż Dziecku, które nie wierzy w siebie.
Poznaj historie Dzieci z Akademii Przyszłości i ufunduj Indeks Sukcesów.

Czyli rozmawiać, ale tylko wtedy, kiedy wiemy po co?

Tak, i uczciwie to nazwać, nie ukrywać swoich intencji.

Na przykład powiedzieć, że chciałabym, żeby – gdy znów zdarzy się tego rodzaju sytuacja – było trochę mniej krzyczenia, machania rękami. Bo po pierwsze ja czuję się z tym niekomfortowo, gdy wszyscy dookoła zwracają na nas uwagę, a po drugie nie chcę, żeby moje dziecko traciło kolegów przez to, że jest nieprzewidywalne i inni się go boją.

To jest czytelne postawienie sprawy! Ale nie zapominajmy o tym, że powinniśmy też zapytać dziecka, czy jest gotowe na rozmowę, na słuchanie. To musi działać w dwie strony. Jeśli ono nie chce lub nie jest pewne, powiedzmy mu, dlaczego to ważne dla nas.

A czy jest jakiś sposób – bo wielu z nas tego nie potrafi – by odnosząc się do sytuacji dla nas emocjonalnie trudnych, rzeczywiście unikać oceniania?

Przede wszystkim warto zaakceptować to, że może się nam taka ocena zdarzyć! Nie jesteśmy doskonali, ale to nie znaczy, że jesteśmy do niczego. A to, że w jakiejś sytuacji nie możemy się powstrzymać od oceny, to też jest dla nas ważna informacja. Możemy ją spróbować zinterpretować. Kiedy mówię, że zrobiłam coś beznadziejnie, co mam na myśli? Co wtedy czuję? Może smutek, zażenowanie, rozczarowanie, wstyd? I co komunikuję? Może to, że bardzo zależy mi na dobrej jakości, na tym, by to coś zostało zaakceptowane, docenione? Kiedy już to wiem, mogę powiedzieć – zamiast rzucać: „Jestem beznadziejna!” – że realizując to zadanie, w punktach A i B odpowiedziałam na wszystkie pytania, w C brakuje mi dwóch ostatnich odpowiedzi, a na D nie starczyło mi czasu.

I to są już fakty, nie oceny. Chcę jeszcze poruszyć taki wątek – mam wrażenie, że rodzice często uważają swoje dzieci za niewystarczające, nie dość dobre. Na przykład „chorobliwie nieśmiałe”, „zbyt beztroskie”. I chcą je „naprawiać”.

Wracamy do punktu wyjścia – jeśli tak czują, powinni najpierw zapytać siebie: dlaczego chcą to „naprawić”, jaka w tym jest zawarta informacja? I to musi być pierwszy krok. Jeśli uznają, że chodzi faktycznie o dziecko, a nie o nich, wtedy mogą z nim porozmawiać – respektując te warunki, o których wspominałyśmy: że szanujemy wolność dziecka, słuchamy, jesteśmy uważni, nie oceniamy. I pamiętajmy, że jeśli rzecz dotyczy na przykład jakichś gwałtownych reakcji na złość, trudnych dla nas do zaakceptowania (krzyczenie, tupanie itp.), to zapewne na jednej rozmowie się nie skończy, bo dziecko też musi zrozumieć, co się z nim dzieje, nauczyć się odczytywać te informacje, które samo do siebie wysyła. A jak wiemy na własnym przykładzie, to wymaga czasu.

Czyli najlepiej, gdybyśmy dali dziecku przestrzeń na to, by samo poszukało innego sposobu reagowania na silne emocje?

Tak. Im bardziej będzie czuło, że jest słuchane i traktowane poważnie, tym łatwiej będzie wypracować satysfakcjonujące dla wszystkich rozwiązania. Jeśli zaczniemy od tego, że nasze potrzeby są ważniejsze, bo my jesteśmy rodzicami i wiemy lepiej, efekt będzie odwrotny do zamierzonego. A jeśli uznamy potrzeby dziecka, ono będzie bardziej skłonne respektować nasze.

Rozumiem z tego, że decydujące jest, byśmy uznali, że jesteśmy ważni – wystarczająco ważni – właśnie tacy, jacy jesteśmy. Bez względu na to, czy mamy lat siedem, szesnaście czy czterdzieści?

Tak, to jest uniwersalne. Tak samo jak to, że możemy się nauczyć decydować, co robimy z naszymi emocjami. Silne uczucie to ważna informacja. Jak ją wykorzystamy? Możemy wybierać.

Czy możemy wspomóc rodziców jeszcze jakąś radą na koniec?

Starajmy się reagować i rozmawiać zanim dojdzie do eskalacji. Nie ignorujmy naszych małych irytacji, nie wpychajmy drobnych rozzłoszczeń pod dywan. To też są ważne informacje. Zastanówmy się, dlaczego denerwuje nas określone zachowanie naszego dziecka. Jeśli czujemy, że to może pomóc – przegadajmy to z nim. Nie zostawiajmy tego, bo gdy problem się rozrośnie, a mała irytacja przerodzi się w dużą złość, wtedy rozmowa będzie o wiele trudniejsza.

Dzięki! Tak, działajmy, zanim zaczną fruwać talerze.

Pomóż Dziecku, które nie wierzy w siebie.
Poznaj historie Dzieci z Akademii Przyszłości i ufunduj Indeks Sukcesów.

Izabela Szczepaniak-Wiecha

Trenerka komunikacji empatycznej i umiejętności interpersonalnych, facylitatorka, wspiera osoby i zespoły w kry­zysie, dba o to, by osoby będące w sytuacji konfliktu usłyszały się i wypracowały porozumienia korzystnego dla obu stron; wspiera komunikację opartą na empatii i szacunku, kontakcie z własnymi potrzebami i w dialo­gu z potrzebami drugiej strony.



To również Cię zainteresuje: