Rozmowy o Akademii Przyszłości 


Szkoda, że nie miałeś Wolontariusza” – wywiad z Trenerką Akademii Przyszłości 

W Akademii Przyszłości Dzieci uczą się dużo – szczególnie tego, jak doceniać samych siebie. Z Katarzyną Kędzierską – byłą Wolontariuszką i obecnie Trenerką w Akademii – rozmawiamy o Dzieciach mniej widocznych, Dzieciach z pasjami, a także o dorosłych, którzy mają dokładnie te same trudności, z którymi mierzą się Podopieczni Akademii. „Ważne, żeby coraz więcej osób, które nie dostają wsparcia w szkole czy domu – mogło je dostawać właśnie od Wolontariuszy” –  mówi nasza rozmówczyni. 

Katarzyna Kędzierska 

Specjalistka ds. Szkoleń i Rozwoju w Stowarzyszeniu WIOSNA, twórczyni konspektów szkoleń i e-learningów. Dyplomowana coachka, certyfikowana tutorka, trenerka szkoląca Wolontariuszy Akademii Przyszłości i Szlachetnej Paczki. Absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jej pasją jest towarzyszenie ludziom w rozwoju, czytanie książek i oglądanie seriali, a jej największe marzenie to zmiana systemu edukacji, nie tylko w Polsce. 

Magdalena Bogusz, Stowarzyszenie WIOSNA: Czym dla Ciebie jest Akademia Przyszłości? 

Katarzyna Kędzierska: Odpowiem na to pytanie historią. Byłam na polonistyce i po 2. roku mieliśmy 6-tygodniowe praktyki w szkole podstawowej i gimnazjum. Prowadziłam tam lekcje i byłam zachwycona tym, jak pracuje się z Dziećmi na lekcjach, ile rzeczy można z nimi zrobić. Jedno z moich ulubionych wspomnień z tych praktyk to przemiana Dziecka z ostatniej ławki. Chłopiec chodził do 4 klasy i miał spore trudności ze skupieniem się na lekcjach oraz pisaniem tego, o co proszę. Pilnowałam, żeby notował i skupiał się na konkretnych zadaniach. Pewnego dnia na jednej z lekcji – chłopiec zgłosił się do odpowiedzi! Sam z siebie podniósł rękę. Traktuję to, jako mój osobisty sukces z tych praktyk. Po odbyciu praktyk, musiałam wrócić na uczelnię, a to oznaczało powrót do teorii, wykładów i ćwiczeń. Bardzo brakowało mi wtedy pracy z Dziećmi.  

Czy z tej tęsknoty za pracą z Dziećmi zrodził się w Twojej głowie pomysł na działalność pozauczelnianą i jak w końcu trafiłaś do Akademii Przyszłości? 

Mniej więcej w tym samym czasie moja przyjaciółka dołączyła do Szlachetnej Paczki i ona opowiadała mi o wdrożeniu do Paczki. I w pewnym momencie powiedziała, że Stowarzyszenie WIOSNA oprócz Szlachetnej Paczki robi też Akademię Przyszłości i tam pracuje się z Dziećmi. Pamiętam to, jako taki moment, w którym zapala się żarówka w głowie. Pomyślałam: może będę miała własne prywatne praktyki. Zgłosiłam się do Akademii Przyszłości. Przeszłam wszystkie szkolenia i zaczęłam spotkania z Dzieckiem. Bardzo szybko się zorientowałam, że dla mnie może to być coś więcej, niż tylko praktyki.  

Opowiedz, z jakimi Dziećmi pracowałaś i jak wyglądały początki Waszej relacji?  

W 2013 roku pracowałam z Igorem, a później z Olą. To były moje akademiowe Dzieci. To zacznijmy od Igora, który był wtedy 2. klasie. Na pierwszym naszym spotkaniu przetestował mnie. Zrobił to w taki sposób, że powiedział: „Mój tata to jest w więzieniu”. I czekał, co zrobię. Ja powiedziałam: „To pewnie za nim tęsknisz”. Gdy zobaczył, że nie zdziwiłam się, nie uciekłam i nie zareagowałam jakoś dziwnie, to pozwolił dalej budować naszą relację. Igor miał duże trudności z matematyką. Dla mnie to było ogromne zaskoczenie i długo nie mogłam zrozumieć, co jest przyczyną tego, że średnio mu idzie dodawanie i odejmowanie. W pewnym momencie odkryłam, że on po prostu nie rozumiał idei dodawania i odejmowania. Igor po prostu wpisywał jakieś losowe liczby. Co najmniej kilka zajęć poświęciliśmy na wyjaśnianiu, o co chodzi w tym dodawaniu. Po paru miesiącach coś kliknęło, Igor zrozumiał, czym jest dodawanie. Pewnego razu przyszedł na nasze zajęcia bardzo dumny z informacją, że dostał 4 minus z kartkówki. Po jedynkach to była duża zmiana. Dla mnie to było odkrycie, że nie chodziło o to, że Igor nie może policzyć, tylko że on nie wie czym jest liczenie w ogóle.  

To był ogromny sukces, który trafił na pewno do Indeksu Sukcesów Igora! A z jakimi trudnościami mierzyła się Twoja Podopieczna Ola?  

Jak zaczęłam pracować z Olą, to było bardzo trudno – dla mnie jako Wolontariuszki. Dlatego, że Ola ze mną nie rozmawiała. Była bardzo cichym i nieśmiałym Dzieckiem. Do tego stopnia, że jak ją pytałam o ulubiony kolor czy ulubioną bajkę – ona odpowiadała: „Nie wiem”. Na jednym z pierwszych spotkań Ola bardzo się rozpłakała. Zapytałam, czy ona w ogóle chce być w Akademii Przyszłości, na co odpowiedziała: „Nie”. Powiedziałam jej wtedy, że może nie chcieć, musimy tylko o tym poinformować jej Rodziców i panią pedagog, której akurat nie było. To było przed świętami. Potem była długa przerwa w tych naszych spotkaniach. Ja napisałam w międzyczasie maila do Liderki o tej sytuacji, Liderka porozmawiała z panią pedagog, a ona z Rodzicami. I okazało, że… Ola chce być w Akademii! Nie chce tylko siedzieć w ławce, na krześle.  

Dziewczynka nie chciała siedzieć w ławce? Pewnie nie chciała czuć się jak na lekcjach? 

Dokładnie tak. Stwierdziliśmy, że zrobimy spotkanie ostatniej szansy i wtedy zdecydujemy, czy to w ogóle ma sens. Spotkałyśmy się w styczniu. Zabrałam Olę na sam koniec sali, ponieważ w klasach 1 – 3 na końcu jest taki duży dywan, na którym usiadłyśmy po turecku. Wymyśliłam taką grę, żeby Ola nie musiała odpowiadać na moje pytania, ale żebyśmy się jednak poznawały. Ustawiłam ją w połowie sali i powiedziałam, że będę jej zadawać pytania. Jeśli odpowie „tak”, to robi krok w moim kierunku, a jak „nie”, to w tył. A jak się przybliży, to przybijemy piątkę. Ola zaakceptowała zasady zabawy. No i zaczęłam zadawać różne pytania w stylu czy lubisz malować, wycinać i tak dalej. Nie przewidziałam jednej rzeczy – Ola jak robiła krok do przodu, to robiła taki normalny, ale jak robiła krok do tyłu, to jak najdalej. Żeby zakończyć tę zabawę, musiałam zadawać pytania z tezą – pytania, na które przewidziałam odpowiedź twierdzącą, żeby Ola do mnie doszła. W końcu przybiłyśmy sobie piątki. Usiadłyśmy na podłodze i zaczęłyśmy spisywać nasz kontrakt współpracy, czyli co my chcemy robić na naszych spotkaniach.  

Zdradzisz, co znalazło się w Waszym kontrakcie współpracy?  

Ustaliłyśmy między innymi, że na każdych zajęciach będą ćwiczenia gimnastyczne, które poprowadzi Ola. Ustaliłyśmy, że będziemy ćwiczyć, rysować i robić trochę takich rzeczy jak w szkole, ale to będzie tylko element tych naszych zajęć. Od tej pory kontynuowałyśmy nasze spotkania,  a płacz już się nie powtórzył. Ola co raz częściej odpowiadała na moje pytania. Wyzwaniem było również nazywanie sukcesów. Dlatego, że na początku, to ja je nazywałam, a Ola ewentualnie kiwała głową. Z czasem to się zmieniało.  

Dla mnie kwintesencją tej pracy było to, co wydarzyło się pod koniec pierwszego roku. Wymyśliłam wtedy, że na zakończenie edycji, zorganizuję wspólne wyjście z Olą. Pojedziemy do centrum Krakowa. Szkoła była na obrzeżach miasta. Zaproponowałam Oli kilka możliwości spędzenia czasu na naszej wycieczce, wiedząc, jak trudne jest dla niej podejmowanie decyzji. A ona szybko zareagowała i wybrała z moich propozycji konkretne aktywności, które jej odpowiadały. Mało tego! Zaproponowała jeszcze jedną rzecz, o której w ogóle nie pomyślałam. Także na zakończenie wycieczki poszłyśmy zwiedzić Smoczą Jamę i odwiedziłyśmy pobliską lodziarnię. Tak zakończyłyśmy ten pierwszy rok współpracy. Ola przeszła do 1. klasy i razem współpracowałyśmy jeszcze 3 lata.   

Gratuluję. Taka metamorfoza z wycofanej i nieśmiałej dziewczynki w osobę z inicjatywą robi wrażenie. Czy Ola w kolejnych latach czymś Cię jeszcze zaskakiwała i czy stawiała przed Tobą kolejne wyzwania, podobne do tych z początków współpracy? 

Takim największym wyzwaniem było to, że Ola była niesamowicie kreatywnym Dzieckiem, takim któremu po prostu wyobraźnia przeszkadzała w byciu w szkole. Przykład: miała zadanie zrobić szlaczek z prostokątów, a ona robiła pociągi. To było wspaniałe i przepiękne. Jednocześnie miałam świadomość tego, że w szkole, jak ma za zadanie zrobić szlaczek, to nauczyciel niekoniecznie uzna za dobrze zrobione zadanie takie, w którym zamiast szlaczka jest rodzina w pociągu. Dlatego z jednej strony starałam się, żebyśmy miały taką przestrzeń na tych zajęciach na rysowanie, bawienie się różnymi rzeczami. A z drugiej strony, żeby jednak były takie momenty, w których robimy jakieś zadanie i uczymy się. Natomiast nie ukrywam, że przez 3 lata mało robiłyśmy szkolnych rzeczy, a dużo więcej było rysowania i bawienia się, a także uczenia się mówienia o sobie dobrze, doceniania swoich różnych sukcesów.  

Przez 4 lata Tobie i Oli towarzyszyła ta sama Darczyńczyni? W jaki sposób brała „udział” w Waszych zajęciach? 

Tak. Miałyśmy z nią kontakt przez całe 4 lata. W pewnym momencie Ola i Darczyńczyni zaczęły ze sobą wymieniać listy. Ola tworzyła listy bardzo kreatywnie. Było w nich pełno kolorowych ramek, rysunki kotów i innych rzeczy. A Darczyńczyni odpisywała, już bardziej w dorosłym tonie, też o swoich kotach i pytała o to, jak Ola ma się w Akademii. Bardzo dobrze wspominam tę współpracę. Miałam poczucie, że naprawdę tej Pani zależy na Oli, interesuje się tym, jak kolejne kroki nam idą. Fajnie, że miały okazję, stworzyć taką relację, a dla Oli to był trening pisania listów.  

W tym programie społecznym działasz już 10 lat. Opowiedz, co takiego Akademia w sobie ma, że chcesz tu być?  

Z mojej perspektywy sednem Akademii jest to, że mimo tego, że Dziecko trafia tutaj z trudnościami, to my nie skupiamy się na tych trudnościach. Skupiamy się tylko na szukaniu mocnych stron, potencjału, sukcesów Dziecka, bo przecież te sukcesy nazywamy od pierwszych zajęć. I uczymy właśnie tego, żeby Dziecko umiało samo siebie doceniać i zauważać te mocne strony i sukcesy. I to było dla mnie bardzo ważne. Po pierwsze dlatego, że nie warto – moim zdaniem – rozwijać się we wszystkim, że to do niczego nie prowadzi. Ważne, żeby wiedzieć, co chcę robić, do czego mnie ciągnie, co lubię, czego nie lubię, w czym jestem dobra, żeby móc się w tym rozwijać, a niekoniecznie we wszystkim równomiernie. 

A po drugie, to co bardzo nas buduje, to poczucie własnej wartości. Poczucie pewności siebie i takiej wiary w to, że jak chcę to mogę. To jest rzadkie podejście. W Polsce częściej zwracamy uwagę na to, co idzie źle, zamiast na to, co dobrze. W Akademii ważne jest zauważenie mocnych stron i podążanie za tym, co fajne i dobre oraz uczenie nazywania sukcesów. Druga rzecz to właśnie budowanie poczucia własnej wartości –  jako takiej bazy do wiary w to, że jak chcę coś zrobić, to mogę spróbować i znam różne narzędzia, które mi pomogą to osiągnąć. Często jest tak, że Dzieci, które mają różne trudności szkolne, przestają już próbować w którymś momencie. Myślą, że skoro jestem słaby z matmy, to nie będę próbować się jej uczyć. Jestem słaby, no trudno. A to w ogóle nie musi być prawda – jak się okazało z Igorem.  

Przykre, że nauczyciele często nie mają czasu, żeby dostrzec prawdziwe problemy, które kryją się za brakiem umiejętności np. liczenia do 10, jak w przypadku Igora.    

Oczywiście, że tak. Myślę, że to jest kwestia małej ilości czasu i zbyt licznych klas. Nie da się dostrzegać i reagować na potrzeby wszystkich Dzieci na lekcjach, jeżeli jest ich równocześnie powyżej 20.  

Mówimy, że Akademia pomaga Dzieciom, które nie wierzą w siebie. Dla jakich jeszcze Dzieci Akademii jest odpowiednim miejscem?  

Mam taką refleksję, że w Akademii coraz więcej jest Dzieci takich mniej widzialnych. Takich, które nie mają piątek czy szóstek, które nie startują w konkursach, nie zgłaszają się do tablicy, ale też nie rozrabiają jakoś szczególnie. Nie mają większych trudności, po prostu są. To takie Dzieci, o których nauczyciele nie pamiętają, że mają je w klasie. One po prostu są w miarę grzeczne. Mają trójki, czasami czwórki. Jak trafiają do Akademii, to wydaje mi się, że właśnie tu jest największy potencjał przemiany. W momencie, kiedy takie Dzieci dostają indywidualnego Wolontariusza lub Wolontariuszkę i czas, który ktoś poświęca tylko im. To wtedy mają szansę odkryć w czym są dobre, co chciałyby robić i jak rozwijać swój potencjał. To sprawi, że być może na którejś lekcji zostaną zapamiętane. Dlaczego te Dzieci się nie zgłaszają? Nie dlatego, że nie wiedzą. Najczęściej z braku śmiałości albo nawyku, żeby się zgłosić. A czasami jest tak, że Dzieci mają pasje, które nie mają jak wybrzmieć np. budowanie super budowli w Minecraft albo granie na ukulele. W szkole nikt nie wie, że mają takie pasje, a w Akademii jest przestrzeń na to, żeby właśnie je rozwijać  i dzięki nim zacząć inaczej na siebie patrzeć. Zacząć doceniać siebie, i – co za tym idzie – być śmielszym też w szkole, zgłaszać się do odpowiedzi, dać się poznać uczniom i nauczycielom. 

Czy jest coś jeszcze o czym chciałabyś powiedzieć w kontekście Akademii?  

Spotykam dorosłych ludzi, o których myślę sobie – po dłuższym poznaniu – szkoda, że nie miałeś Wolontariusza z Akademii. Dlatego, że wielu dorosłych ludzi ma dokładnie te same problemy, które mają Dzieci w Akademii, czyli patrzą bardziej na ciemną stronę rzeczywistości i swoje słabe strony. Te osoby potrafią bardzo dobrze nazwać swoje wady,  a nie potrafią powiedzieć, w czym są dobre. Ci ludzie mają przeogromny potencjał, jak patrzysz na nich z zewnątrz, to myślisz ile fantastycznych rzeczy ten człowiek może zrobić. A on mówi: „Nie będę zmieniać pracy, bo przecież nie znajdę innej, kto by mnie chciał”. A jak pytasz o sukcesy, to patrzą na ciebie jak na kosmitę.  

Dlatego warto wspierać Akademię, żeby takich dorosłych było mniej w przyszłości. Ważne, żeby coraz więcej osób, które nie dostają wsparcia w szkole czy w domu – mogło to dostawać właśnie od Wolontariuszy. To, czyli czas, uwagę, poczucie, że jest się ważnym, wsparcie, motywację i dzięki temu wszystkiemu możliwość rozwoju, doceniania samego siebie i  budowania poczucie własnej wartości.  

Dziękuję za rozmowę. 

Wpłacając na Akademię, pomagasz Dzieciom, które w siebie nie wierzą.
Dajesz im szansę na lepszą przyszłość.

To również Cię zainteresuje: