Korzenie pewności siebie – jak dorosły może wspierać Dziecko w rozwoju


Jak sprawić, by Dziecko uwierzyło w siebie? Co buduje sprawczość, a co ją po cichu odbiera? W rozmowie Agnieszki Grzechnik, dyrektorki Akademii Przyszłości, z Martą Młyńską – psychoedukatorką i autorką książki „Wypalona. Jak poradzić sobie z wypaleniem zawodowym i całkiem nie zgasnąć” – zaglądamy pod powierzchnię pojęć takich jak pewność siebie, akceptacja, porażka czy „płatki śniegu”. Punktem wyjścia jest raport Akademii „Co zabija dziecięcą wiarę w siebie”, a efektem poruszający, bardzo praktyczny wywiad o tym, jak mądrze towarzyszyć Dzieciom w świecie, który zmienia się szybciej niż kiedykolwiek. To rozmowa dla Rodziców, Opiekunów, Nauczycieli, Wolontariuszy Akademii i wszystkich dorosłych, którzy chcą być dla Dziecka bezpiecznym oparciem i źródłem siły. 

Agnieszka Grzechnik: Dzień dobry, nazywam się Agnieszka Grzechnik. Jestem dyrektorką Akademii Przyszłości i mam ogromną przyjemność porozmawiać z Martą Młyńską, psychoedukatorką, autorką książki „Wypalona. Jak poradzić sobie z wypaleniem zawodowym i całkiem nie zgasnąć”. Spotykamy się przy okazji wspólnego projektu, który mamy na koncie. Pretekstem do tej rozmowy jest raport Akademii Przyszłości „Co zabija dziecięcą wiarę w siebie”, do którego byłaś autorką komentarzy. Bardzo cieszę się, że mogę powitać Cię w naszym akademiowym świecie.

Marta Młyńska: Bardzo dziękuję za zaproszenie, możliwość kooperacji i współpracy z wami. Super, że możemy tak właśnie współdziałać, współtworzyć ten piękny byt. Tak ważny dla nas wszystkich. 

Ogromnie nam miło. Chcemy porozmawiać przede wszystkim po to, żeby dostarczyć praktycznych informacji dookoła tematu wiary w siebie i sprawczości. Chciałabym rozmowę z Tobą zacząć od cytatu. W raporcie napisałaś takie przepiękne zdanie: „Poczucie kompetencji i sprawczości jest dla Dziecka tym, czym korzenie dla drzewa, czyli cudownym źródłem stabilności, energii i możliwości przepięknego wzrostu”. Jakbyś miała ocenić kondycję tego lasu: to my jako dorośli te korzenie bardziej podcinamy, bardziej podlewamy i sprawiamy, że mogą rosnąć? Jak to z nami dorosłymi jest? 

Marta Młyńska: Dzięki za to pytanie, że zaczynamy od kondycji, i za powiązanie kondycji psychofizycznej, odporności psychofizycznej nas, osób dorosłych, i dzieciaków. To jest sprzężenie zwrotne, jedno wielkie połączenie i nie ma takiej opcji, żeby długofalowo Rodzice, Opiekunowie czy Nauczyciele i Nauczycielki funkcjonowali w trybie wyczerpania, umęczenia, doświadczali jakichś dolegliwości czy chorób psychicznych i mieli wspierać właśnie długofalowo, efektywnie i skutecznie Dzieci – czy to w roli opiekuńczej, czy bardziej edukacyjnej, rozwojowej. 

Jeżeli chodzi o tę naszą kondycję, to nie będę wróżyć z fusów. Dobrze przywołać raport fundacji Dbam o Mój Zasięg, która wypuściła potężny raport „Dobre i złe wiadomości – życie online i offline a zdrowie psychiczne polskich nastolatków”. Czytamy w nim m.in., że 20% uczniów i uczennic klas siódmych często lub zawsze czuje się bezwartościowych. Także to już jest odpowiedź na pytanie o kondycję. Jedna piąta ma poczucie bycia osobą bezwartościową albo nic nieznaczącą. 33% uczniów klas trzecich szkół ponadpodstawowych przyznaje, że często doświadcza poczucia pustki, przerażającego, dojmującego smutku. Nie takiego po prostu smutku. Smutek jest jedną z emocji, którą doświadczamy wszyscy. Tylko ten jest bardzo mocny, to w pełni taka rozlewająca się emocja w naszym życiu. 

33% uczniów i uczennic, w zależności od grupy wiekowej, często lub zawsze obawia się, że wyjdzie na głupka, na osobę o ograniczonych zdolnościach poznawczych czy intelektualnych. Ma obawę, że pewnie gdzieś w tym tłumie będzie oceniona, porównywana, że inni będą się z niej nabijać, mieć jakąś opinię nieciekawą o niej, o nim. Tych badań jest bardzo wiele. A propos poczucia bezwartościowości czy braku pewności siebie to można sięgnąć do badania Self-Esteem wykonanego przez firmę Dove o budowaniu pozytywnej samooceny. 80% nastolatek czuje, że brakuje im pewności siebie. A jedna trzecia w Polsce wstydzi się swojego wyglądu. Ponad połowa dziewcząt chciałaby wyglądać jak ktoś inny. Te dane są zatrważające. Jednocześnie coraz więcej organizacji – z Akademią Przyszłości na czele – robi realnie dużo, by wspierać zarówno Dzieci, jak i dorosłych, i budować fundamenty lepszego, zdrowszego funkcjonowania. 

Ty też możesz pomóc.
Uwierz w Dziecko.

Poznaj trudności i marzenia Dzieci
z Akademii Przyszłości i pomóż
zmienić historię jednego z nich.

Pozostając jeszcze przy tym wątku, zapytam: czy na przestrzeni lat coś się zmieniło – na lepsze czy na gorsze? Czy dzieci 20 lat temu były bardziej pewne siebie, czy może jednak mniej? Rodzice pytani o to – choćby w naszym raporcie – są wyraźnie podzieleni. Jedni mówią: „kiedyś Dzieci były pewniejsze siebie, bardziej przebojowe, bez presji mediów społecznościowych – było im łatwiej”. Inni z kolei twierdzą, że to właśnie dzisiejsze Dzieci potrafią lepiej stawiać granice i walczyć o swoje. Jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Czy było lepiej, czy gorzej? 

Marta Młyńska: Na pewno jest inaczej. Ta młodzież jest dużo bardziej świadoma. To, co powiedziałaś, to jest normalizacja wielu problemów, dolegliwości i tego wszystkiego, co związane jest ze zdrowiem psychicznym. Pandemia nas wszystkich wyedukowała. Wyjścia nie było, jako że wzrosła liczba różnego rodzaju dolegliwości, chorób, zachorowań i też kryzysów psychicznych. Wszyscy razem gremialnie zaczęliśmy się tym opiekować, powstawało sporo projektów, programów i kampanii. W szkole zaczęto coraz bardziej edukować, mówić o emocjach i tak dalej. Jest też edukacja zdrowotna. Wiadomo, jak to funkcjonuje, ale dobra, no coś już się dzieje na tym poletku. 

Także te Dzieciaki są oczywiście inne. Zanurzone bardzo w social mediach. Badania pokazują, że to sprzyja porównywaniu się i wpływa na ich fatalną samoocenę. Oczywiście oni zazwyczaj nie widzą kulis tego pięknego, na przykład celebryckiego i influencerskiego, świata. Nie widzą często tej drogi. Idzie za tym fantazja, że wiele rzeczy można mieć natychmiast, od razu. Czyli chcą tej gratyfikacji, walidacji zewnętrznej tak samo od świata. Jednocześnie na plus jest większa świadomość siebie. Widzę to w swojej rodzinie. Jestem mamą dwójki nastolatków, 12-latka i 14-latka. To nie tylko jest moje doświadczenie, bo tak samo mówią różnego rodzaju badania. Jest większa umiejętność stawiania granic, próbowania nowych rzeczy i radzenia sobie z trudnymi emocjami. W ogóle jest większa wiedza z zakresu psychologii. Dzięki temu większe prawdopodobieństwo budowania odporności psychicznej, właśnie rezyliencji. Umiejętność stawiania granic, czego nas w ogóle nie uczono. Nas, czyli pokolenia Milenialsów i pokolenia X. I bycia po prostu szczęśliwszym człowiekiem w perspektywie czasu. Dlatego te Dzieciaki są w ogóle całkiem inne. 

Echem odbija taka narracja: kiedyś tego nie było. Tej depresji, tych zaburzeń lękowych. Oczywiście były. Tylko nie były diagnozowane i nazwane. Nie było znormalizowane chodzenie do gabinetu psychologa, psychiatry czy psychoterapeuty. Ludzie po prostu żyli krócej, częściej odbierali sobie życie, tkwili w głębszym poczuciu osamotnienia, bezradności i wstydu. To nie był świat bez problemów – to był świat, w którym o nich się nie mówiło. Po prostu obowiązywały zupełnie inne realia. 

Mówisz, że młodzi ludzie mają większą świadomość, lepiej stawiają granice, są bardziej „doedukowani” psychologicznie. To, dlaczego wciąż słyszymy o nich: „pokolenie płatków śniegu”? Skąd przekonanie, że są tacy delikatni? Skąd więc biorą się te stereotypy? A może… to wcale nie są stereotypy? 

Marta Młyńska: Przemek Staroń często o tym mówił w swoich wywiadach i tekstach. I ja też – słuchając tych opinii – łapię się na tym, że przewracam oczami. Bo trochę rozumiem, skąd to się bierze. W dużej mierze z frustracji starszych pokoleń – milenialsów i pokolenia X – którzy nie mogą pogodzić się z tym, że młodzież nie zgadza się na pewne rzeczy, nie chce ich robić albo nie odnajduje się w zawodach czy pracach manualnych. Ciągle słyszę powtarzaną narrację: „On nawet chrustu nie zbierze”, „Nie ogarnie prostych czynności”. I to właśnie te głosy najczęściej są nagłaśniane. 

Słyszę też często takie komentarze: „On nawet dziury w skarpetce nie zszyje”. Ale ja też nie zszyję i jakoś żyję. I właśnie takie pojedyncze umiejętności, głównie manualne, są dziś stawiane młodym za miarę „zaradności”. Nie bardzo rozumiem, skąd ten upór i ta potrzeba porównywania. Może to tęsknota za dawnymi czasami? Za światem, który był bardziej przewidywalny? Może nostalgiczne pragnienie, by wszystko wyglądało tak, jak kiedyś, bo wtedy – z naszej perspektywy – było łatwiej? A przecież badawczo nie da się uczciwie porównywać pokoleń w ten sposób. Dzisiejszy świat to zupełnie inna rzeczywistość. Dzieciaki funkcjonują w środowisku ciągłej stymulacji, żyją zanurzone w miliardzie bodźców. Social media i internet są jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem. To nie jest to samo dzieciństwo, nie ta sama młodość i nie te same wyzwania. 

One funkcjonują dziś zupełnie inaczej. Ta świadomość, jaką mają teraz „zetki” czy „alfa”, jest nieporównywalna z tym, co mieliśmy my. Jak patrzę na siebie z tamtego czasu – a propos tego całego porównywania – to ja nie miałam absolutnie żadnej wiedzy o emocjach. Zero. Nikt nas tego nie uczył. Dzieciaki częściej się diagnozują. One po prostu nazywają to, co czują. Chłopcy potrafią przyznać, że jest im smutno, trudno, źle. Dziewczynki mówią o gniewie, o zmęczeniu, o przeciążeniu. Mówią o swoim stanie emocjonalnym i psychofizycznym. A to przez niektórych dorosłych bywa odbierane jako słabość. Włącza się narracja: „Co ty opowiadasz? Jak może być Ci trudno? Ja w twoim wieku to przez zamarznięte jezioro, na boso, o piątej rano do szkoły chodziłem”. I to jest opowieść powtarzana od pokoleń. 

My, milenialsi, słyszeliśmy to samo od naszych Rodziców. I oni od swoich. Historia się nie zmienia –zmienia się tylko świat, w którym dorastają Dzieci. 

W gruncie rzeczy ta narracja mówi więcej o nas niż o Dzieciach. To potrzeba podkreślenia własnej historii: „Ja miałam trudniej. Zobacz, ile ci daję, a ty masz tak dobrze”. Do tego dochodzi nostalgiczne: „Kiedyś nie było internetu i ludzie żyli”. Jako mama i edukatorka staram się w to nie wchodzić, choć czasem mi się zdarza. Wiem jednak, że takie porównania nic nie wnoszą – poza poczuciem braku zrozumienia i utratą kontaktu. A prawda jest taka, że oni funkcjonują inaczej. I ja im tego bardzo zazdroszczę: świadomości, stawiania granic, mówienia „nie”, dbania o własną sprawczość. Oni wiedzą, że nie chcą harować po 12 godzin, że nie zgadzają się na krzyk w pracy, mobbing czy tkwienie w toksycznych relacjach. To, co dla nas bywa „normalne”, dla nich jest abstrakcją. 

My też chyba jesteśmy tym pierwszym pokoleniem, które chodzi na terapię i zaczęło świadomiej też różne swoje rzeczy nazywać. W raporcie „Co zabija dziecięcą wiarę w siebie” padają dość mocne słowa, że nie możemy chronić Dziecka przed jego własnymi emocjami. Czemu my jako dorośli tak bardzo się boimy, żeby naszemu Dziecku nie było smutno, żeby nie odniosło porażki? Co to robi nam, ale co też to robi tym Dzieciom, które to słyszą? 

Marta Młyńska: To często wynika z lękowego lub zdezorganizowanego stylu przywiązania. Z miejsca, w którym bardzo nie chcemy, żeby nasze Dziecko doświadczało smutku, bólu czy trudnych emocji. Jemu będzie smutno, będzie trudno, ono będzie odczuwało lęk, bezsilność, rozpacz, złość, ale i będzie miało poczucie wzruszenia, zadowolenia, zachwytu i całą gamę emocji. I to jest wspaniałe. 

Jeśli my dorośli nie jesteśmy choć troszeczkę zanurzeni w świecie psychologii, nie mamy jakiegoś wglądu, takich introspektywnych aktów, samoświadomości, samouznania, samoakceptacji, to nie będziemy tego dawać Dziecku. A w złości, melancholii, smutku, w poczuciu rozgoryczenia, w zazdrości będzie upatrywać samo zło. Tak nas uczono i to jest znowu matryca, którą my powtarzamy.  

Wychowanie helikopterowe, czyli moje Dziecko chciałabym wsadzić do szklarni pod lampę, żeby ono absolutnie nic trudnego nie doświadczyło. Tak się nie da. Ono będzie doświadczało trudnych rzeczy, będzie upadało, będzie miało niepowodzenia, porażki, błędy. Radykalna akceptacja to absolutne clue – czyli postawa i narracja w stylu: „Widzę, że jest ci bardzo trudno. To, czego teraz doświadczasz, naprawdę może być bolesne i przytłaczające”. Nie zmienia to faktu, że kluczowe jest nadal normalizowanie emocji – dawanie Dziecku przestrzeni, by mogło je przeżywać, nazywać i wyrażać w zdrowy sposób. Jednocześnie warto mówić: „Tak, na tym świecie zdarzają się straty, pojawia się zazdrość, lęk – to wszystko jest normalne”. Dziecko musi nauczyć się te emocje rozpoznawać, akceptować i wyrażać – a zaczyna się to od nas, dorosłych. Jeśli sami nie potrafimy sobie z nimi radzić, tłumimy je albo ranimy innych w nadmiernej ekspresji, nie damy mu dobrego wzorca. Chronienie Dziecka przed trudnościami świata przez „zamknięcie w złotym pałacu” to hodowla, a nie prawdziwe, świadome i wspierające towarzyszenie. 

Czym jest radykalna akceptacja? Użyłaś takiego sformułowania, opowiesz coś więcej? 

Marta Młyńska: To jest koncepcja Tary Brach. Ona jest psycholożką i psychoterapeutką. Jak widzę, że pada deszcz, to mówię: pada deszcz i to przyjmuję. A nie pytam: dlaczego ten deszcz pada? Nie dorabiam do tego jakiejś ideologii, filozofii i tak dalej. Biorę rzeczy takimi, jakie są. To jest wielka sztuka. Akceptuję rzeczy, na które nie mam wpływu. Jest o tym książka „Pozwól im” Mel Robbins, czyli pozwól temu wszystkiemu biec. 

I przychodzi do nas nasze Dziecko i mówi rzeczy trudne. Mówi na przykład o sobie źle: że sobie nie radzi, że się boi, że czegoś nie chce. A czasem nic nam nie chce powiedzieć – zamyka się całkowicie, zatrzaskuje drzwi; nie metaforyczne, lecz jak najbardziej dosłowne. I wtedy pojawia się pytanie: na co mamy wpływ? Co ja jako dorosła, mogę w takiej sytuacji zrobić? Bo rozumiem, że radykalna akceptacja nie polega na tym, że umywam ręce i mówię: „no taki jest”, „no trudno mu”, „rozumiemy i już”. Co jednak mogę zrobić? 

Marta Młyńska: Nie mam już wpływu na to, że Dziecko jest w jakimś stanie, że w danym momencie odczuwa smutek, złość czy rozgoryczenie. Natomiast mam wpływ na to, jak na to zareaguję i jak się tym mądrze zaopiekuję, jako dorosła osoba. To jest moje Dziecko i ja jestem za nie odpowiedzialna. To nie jest umywanie rąk – tak jak to nazwałaś – bo to byłby tryb ignorancji. A my tu idziemy w bezwarunkową akceptację, w miłość, w takie prawdziwe przyjęcie. Ja bym zaczęła od nazwania: „Widzę, że jest ci trudno”, „Widzę, że się z czymś mierzysz”, „To, czego doświadczasz, nie jest dla Ciebie łatwe”. Oczywiście język trzeba dobrać do sytuacji i wieku Dziecka. Jeżeli Dziecko ma do nas zaufanie, jeżeli jest między nami więź, to ono jakoś zareaguje. Może coś powie, może tylko parsknie. I to też jest okej. Ważne, żeby próbować mądrze – bez naciskania, bez presji, bez opresyjnego „wydobywania” informacji. Bez ocen, bez krytyki. Bagatelizowanie „Znowu wymyślasz” – absolutnie nie. To wyrzucamy z repertuaru: „Przecież wczoraj byłaś smutna”, „Jak możesz się bać szkoły, to takie proste”, „Ja w twoim wieku…” – tam w ogóle nie idziemy. To jest najgorszy możliwy kierunek. Tak samo jak krytyka: „Ja ci kupiłam iPhone’a, a ty znowu niezadowolona”. Wiem, my rodzice, jesteśmy zmęczeni, wyczerpani. W ogóle się temu nie dziwię. Ale kluczowe jest zauważyć: „Ta moja reakcja nie była najlepsza”. I następnym razem dokonywać trochę mądrzejszych wyborów. Nie chodzi o perfekcję, tylko o bycie coraz bardziej świadomą, dobrą opiekunką, dobrym opiekunem. W tę stronę bym szła. 

Przemek Staroń, który jest na czacie, napisał: oj tak, bo akceptacja i aprobata to są zupełnie inne rzeczy. [wywiad jest spisaną rozmową, podczas której był aktywny czat na Instagramie] 

Marta Młyńska: Przemek mówi o tym naprawdę pięknie. O tym, że „akceptuję” znaczy: przyjmuję to, co jest. Natomiast „aprobata” to już zgoda, a czasem wręcz pochwała zachowania. I to są dwie zupełnie różne rzeczy. Bo akceptuję to, że Dziecko przeżywa złość. Ale nie oznacza to, że aprobuję rzucanie krzesłami po pokoju. Wtedy warto wziąć głęboki oddech i policzyć do pięciu. Chyba że sytuacja zagraża bezpieczeństwu Dziecka albo naszemu, wtedy oczywiście trzeba przerwać, zareagować tu i teraz. 

Akceptuję stan rzeczy, ale nie daję aprobaty na zachowanie, które jest gdzieś poza katalogiem norm. To ląduje raczej w obszarze: „zobaczmy, co za tym stoi”. A może to był sposób wyrażenia złości? No właśnie, trzeba się tym porządnie zaopiekować, zapytać, nazwać, odzwierciedlić, sparafrazować. Ale kluczowa pozostaje postawa: „Widzę, że jest ci trudno”, „Widzę, że coś cię trapi”. I dalej: „Czy czegoś ode mnie potrzebujesz?”, „Czy mogę coś dla ciebie zrobić?”, „Może po prostu posiedzimy?”, „A może mi opowiesz?”. Te pytania mogą się pojawić później, w zależności od tego, jak Dziecko się ustosunkuje. Ale jedno jest pewne – nie zostawiamy Dziecka samego w takim trudnym, ekstremalnym stanie. Dzieci nie mają jeszcze zasobów, żeby same sobie z tym poradzić. A jeśli dodatkowo w domu udajemy, że trudnych stanów nie ma, kisimy je w sobie albo wyrzucamy na zewnątrz w formie eksplozji czy implozji, to nie ma tam zdrowych wzorców. W otoczeniu z jednej strony słyszymy: „Chłopaki nie płaczą”, a z drugiej: „Dziewczynkom złość nie przystoi, bo złość piękności szkodzi…”. No i jeszcze ten ciąg dalszy: „żebyś była ładna”. Gdzieś to ostatnio usłyszałam i we mnie to zostało. 

Do wątków stricte interwencyjnych jeszcze na pewno wrócę. Na chwilę jednak chciałabym się przesunąć w inną przestrzeń – taką, w której nie trzaskają drzwi, tylko toczy się zwykła codzienność. Co Rodzice mogą robić na co dzień, żeby budować w Dziecku poczucie sprawczości i poczucie pewności siebie? I może przy okazji warto też to nazwać – czym te dwa pojęcia się różnią? Bo zakładam, że jednak nie są one do końca tożsame. 

Marta Młyńska: Sprawczość – upraszczając całe tomy psychologii – to poczucie wpływu. Świadomość, że moje działania coś zmieniają i że ponoszę ich konsekwencje. To przekonanie: mam wpływ, mogę wybierać, mogę działać. I to właśnie uruchamia działanie. 

A pewność siebie? To bycie swoją sojuszniczką, sprzymierzeńcem. Świadomość własnych zasobów, kompetencji, ale też ograniczeń. W psychologii rozwojowej rzadko mówi się wprost o „wierze w siebie” – częściej odwołujemy się do teorii samoskuteczności Bandury. Czyli do przekonania, że jestem w stanie coś zrobić, osiągnąć cel, poradzić sobie z zadaniem. 

Fundamentem jest samopoznanie: wiem, co potrafię, a czego nie. W balecie już nie zatańczę, ze stratosfery raczej nie skoczę – i to też jest okej. A jednocześnie wiem, na co mam wpływ i gdzie są moje zasoby. To wszystko jest bardzo blisko siebie – tak jak samoocena i poczucie własnej wartości. 

W jaki sposób my jako dorośli możemy w Dzieciach budować właśnie poczucie sprawczości i pewności siebie? 

Marta Młyńska: Oczywiście, znowu zaczynamy od siebie. Ja bardzo często o tym mówię. Bo jeśli ja sama jestem wobec siebie hejterką, perfekcjonistką, wiecznie niezadowoloną osobą z ultrawysokimi standardami, to trudno oczekiwać, że dam Dziecku coś innego. W mojej pracy magisterskiej zajmowałam się perfekcjonizmem i on bardzo często jest nabudowany na lęku: przed odrzuceniem, przed zawstydzeniem, przed „wyrzuceniem ze stada”. I jeśli funkcjonuję w trybie nieustannych wymagań wobec siebie, wyciskam z siebie soki, nie umiem regulować napięcia, żyję w chronicznym stresie, a do tego dokładam jeszcze ten skomercjalizowany świat, który ciągle coś mi podsuwa – to ja w tym po prostu tonę. To jest trochę jakby maratończyk bez nogi, niedowidzący i skrajnie zmęczony miał przebiec potrójny maraton. Mało prawdopodobne, że mu się uda. A jeszcze mniej, że po drodze będzie w stanie kogoś wspierać i pomagać. Dlatego znów: zaczynam od siebie. Od tego, czy – jako samostanowiąca jednostka – buduję własne poczucie sprawczości. Czy mam zgodę na to, że popełniam błędy, że jestem niedoskonała, że upadam. Że w moim życiu są kryzysy psychiczne – bo to jest normalne. Kluczowe jest to, czy potrafię sobie z nimi radzić i czy umiem prosić o pomoc. Dzieci uczą się przez modelowanie. One są kalką – i to już je w to wyposaża z automatu. Widzą, jak ja sobie radzę… albo jak sobie nie radzę. Czy ja się wydzieram, czy tłukę domową porcelanę, czy absolutnie nie wierzę w swoje „supermoce”. Jest taka świetna książka Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego: „Jesteś kimś więcej niż myślisz”. 

Do tego dochodzi jeszcze wysokie napięcie, które wkładam w Dziecko komunikatami w stylu: „tylko nie popełnij błędu”, „uważaj”, „bo się przewrócisz”. Sama łapię się na tym automacie. A przecież ono nie biegnie po lodzie w za dużych łyżwach. To jest ciągłe trzymanie lejców, ciągłe formatowanie. Formatowanie Dziecka, które ma nie być rebelką, tylko ma się zmieścić w moim przepisie: być zachowawcze, żeby nikt się nie doczepił, żeby wszyscy byli zadowoleni. A to nie jest droga do samostanowiącej, samorealizującej się i w przyszłości samoopiekującej się osoby. 

Powiedziałaś o dwóch rzeczach. Zaczynamy od siebie, zanim zabierzemy się za ogarnianie drugiej istoty. 

Marta Młyńska: Jednocześnie oczywiście. Możemy jednocześnie pracować nad sobą, żeby być mądrzejszymi rodzicami. 

Druga myśl jest mi bardzo bliska, czyli mityczne słowo: „uważaj”. „Uważaj, bo coś się stanie”, czyli trochę takie programowanie też z poziomu języka. Programowanie to może być nie najlepsze słowo, ale takie przygotowywanie na to, że na pewno coś się zaraz złego wydarzy. Czy dołożyłabyś do tego coś jeszcze? Może jakiś wyraźnie „pozytywny” komponent. Bo jeśli sami jesteśmy już w miarę zaopiekowani i nie hamujemy Dziecka, to ono i tak funkcjonuje w swoim świecie – w szkole, w grupie rówieśniczej, w różnych kontekstach. I o ile mamy wpływ na to, co my mówimy, o tyle na to, co Dziecko słyszy dookoła, już nie. Więc co jeszcze możemy zrobić – już stricte z tego, powiedziałabym, „dobrego ogródka”? Z tych obszarów, na które realnie mamy wpływ i nad którymi mamy faktyczną kontrolę. Poza uważnością na słowa, co jeszcze możemy dołożyć, żeby w Dziecku konsekwentnie budować poczucie sprawczości? 

Marta Młyńska: „Bądź dzielny”, „Bądź odważny” – to jest o wychodzeniu poza to, co znane. O próbowaniu. Zamiast tego wiecznego: „Uważaj”, raczej: „Spróbuj”, „Zobacz, jak to będzie”, zamieńmy lęk w ciekawość. 

Oczywiście nie będę tu odkrywcza: fundamentem jest bezwarunkowa miłość i akceptacja. Rozmowy, tłumaczenie, komunikacja. Omawianie bieżących trudności. Mówienie o problemach, o konfliktach relacyjnych, o tym, że ludzie są różni, że ktoś mógł ocenić, skomentować. „Nic dziwnego, że jest ci trudno”, „Nic dziwnego, że jest ci smutno”, „To normalne, że pojawiają się trudne emocje”. Normalizowanie tego, że tak bywa na świecie, jakkolwiek by to nie brzmiało. (Moje Dzieci już na to przewracają oczami). 

I cały czas dawanie poczucia, że próbowanie jest okej. Że wynik może nie być satysfakcjonujący. Że to się ćwiczy jak mięśnie: odwagę, wytrwałość, wychodzenie poza schemat. Bo bycie „rebeliantką” czy „rebeliantem” często bywa bolesne. 

Kluczowa jest mądra reakcja na to, co przynosi Dziecko. Kiedy dzieli się czymś trudnym – pierwszym komunikatem powinno być: „Rozumiem, że jest ci trudno”, „Nie dziwię się”. A potem pójście dalej, w narrację wspierającą. Kiedy coś zrobi nie tak – również to nazywamy, spokojnie i adekwatnie. A potem pytamy: „Jak zrobiłabyś to następnym razem?”, „Co mogłoby pomóc?”. 

Tych elementów jest naprawdę dużo, ale z kluczowych na pewno jeszcze jedno: porażka. To wciąż nie jest w pełni znormalizowane, choć na szczęście coraz częściej się o tym mówi – chociażby dzięki inicjatywom takim jak fundacja Dobra Porażka, która pokazuje, że upadki i próby są naturalnym elementem rozwoju. Że bez setek, tysięcy prób nie byłoby wynalazków, odkryć, przełomów. Nie ma takiej opcji, żeby „wyszło” za pierwszym czy nawet trzydziestym razem. I to jest o budowaniu wytrwałości. A to dziś jest szczególnie trudne w świecie natychmiastowej gratyfikacji, szybkich efektów, „już, teraz, zaraz”. Tym bardziej warto tę wytrwałość w Dzieciach konsekwentnie wzmacniać. 

Też jestem dość niecierpliwa i chciałabym szybciej widzieć efekt finalny. A jednocześnie to wcale nie zmienia faktu, że uczenie cierpliwości i wytrwałości to jest absolutne złoto. Bo to sprzyja samokontroli, poczuciu własnej skuteczności, samoregulacji, a w efekcie lepszej adaptacji do świata, który nie tylko się zmienia, ale zmienia się w tempie absurdalnie szybkim. 

Dlatego bardzo lubię metaforę korzeni. My wspieramy korzenie – a Dziecko jest jak drzewo. My je nasycamy tymi „minerałami”, dajemy to, czego ono naprawdę potrzebuje: uczymy samopoznania, samoakceptacji, samoregulacji, radzenia sobie z trudnymi emocjami. Do tego dokładamy bezwarunkową miłość, akceptację, szacunek, empatię. To jest potęga. Pytanie brzmi: „z czym ono w ten świat wejdzie?”. 

I jeśli Dziecko wchodzi w świat z takim „pakietem ochronnym” – parasolem, kremem czy tarczą, która nie izoluje, nie stawia muru, lecz pozwala wchodzić w relacje łatwiej, mądrzej i bezpieczniej – radzi sobie lepiej. Funkcjonuje w świecie sprawniej, pewniej i z większym spokojem. 

Agnieszka napisała na czacie: nawet jak Dziecku się nie uda, trzeba go pochwalić. [wywiad jest spisaną rozmową, podczas której był aktywny czat na Instagramie] 

Marta Młyńska: Super, kochana. Dziś coraz częściej mówi się o tym, żeby wzmacniać nie sam efekt końcowy, tylko zaangażowanie, proces, samą drogę. To o mądrym towarzyszeniu Dziecku w tym, co się dzieje po drodze. I tu dochodzimy do chwalenia. To często przychodzi z automatu – ja sama się na tym łapię: „Jaka śliczna”, „Jakie ładne”. I nie, nie chodzi o to, żeby w ogóle nie mówić o efekcie. Ale zamiast tego warto zauważyć: „Widzę, ile trudu w to włożyłaś”, „Kiedyś twoje rysunki wyglądały inaczej. Zobacz, jaki zrobiłaś progres”. „To musiało kosztować cię sporo energii i wysiłku”. I to już jest dokładnie o tym. O zauważaniu procesu, wysiłku, wytrwałości. O wzmacnianiu sprawczości, a nie tylko efektu. 

Użyłaś absolutnie pięknego sformułowania – mądre towarzyszenie. Ono jest nam w Akademii bardzo bliskie. Nasi Wolontariusze pracują z Dziećmi godzinę w tygodniu i czasem może się wydawać, że to „tak niewiele”. Bo przecież Dziecko potem wraca do szkoły, nasiąka mnóstwem innych komunikatów, mówiąc bardzo upraszczająco. A tymczasem bywa tak, że ten jeden dorosły – jeśli jest tym mądrym towarzyszem – może naprawdę bardzo dużo zmienić. 

Marta Młyńska: Zamiast powtarzać, że „jeden dorosły nic nie zmieni”, warto zobaczyć, jak ogromną różnicę może zrobić jedna bezpieczna relacja. Jedna dojrzała osoba, która widzi, słyszy i mądrze towarzyszy – często naprawdę wystarcza. Taki dorosły daje Dziecku poczucie, że jest ważne, widziane, potrzebne i wystarczające. Że nie musi zasługiwać na swoje miejsce w świecie – ono już do niego należy. A gdy to poczucie jest regularnie „podlewane”, buduje się samoocena i przekonanie: jestem wart, jestem dobry, jestem okej. 

Na koniec zapytam cię o coś bardziej osobistego – jeśli uznasz, że to zbyt prywatne, oczywiście możesz nie odpowiadać. Czy pamiętasz z czasów swojego dzieciństwa jakiegoś dorosłego – nauczyciela, opiekuna, trenera – kogoś, kto nie był Twoim Rodzicem ani częścią codzienności, a jednak był dla Ciebie kimś ważnym? Kimś, kto pomagał Ci budować to, co w Tobie dobre? 

Marta Młyńska: Nie było jednej takiej osoby. Miałam w swoim otoczeniu parę takich mądrych dorosłych, poza stricte Rodzicami. Babcie na pewno – takie dość jednocześnie troskliwe, kochające, ciepłe. I takie samostanowiące kobiety, czyli jednocześnie trochę jak właśnie kaloryfer: ciepłe i twarde. I nauczycielka od języka polskiego też taka bardzo wymagająca, a z drugiej strony słyszałam od niej: „Ale wiesz, że super piszesz?”. Było trochę takich osób. Nie chcę powiedzieć, że mam do nich szczęście. Bo to znowu by było, że jest jakieś fatum czy coś. Także miałam wiele takich osób i nadal mam, na których mogę liczyć, bez których moje funkcjonowanie na pewno by tak nie wyglądało. Czasem wypowiedziane kilka zdań było tym, co gdzieś mi utkwiło i było takimi niezbędnymi zapalnikami, drogowskazami, ewidentnie takimi potrzebnymi, które gdzieś tam dotknęły mojego serca. 

Taką oto opowieścią o mądrym towarzyszeniu powoli nasz czas dobiega końca. Marto, ogromnie dziękuję, że dołączyłaś do tej naszej akademiowej społeczności, że dzielisz się swoją mądrością i doświadczeniem. Wielka to była przyjemność. Dziękuję ci przepięknie i oddaję na chwilę głos, gdybyś chciała się pożegnać. 

Marta Młyńska: Bardzo się cieszę z możliwości partycypowania w tym bycie, bo te wszystkie wartości i wszystkie rzeczy, które robimy, są dla mnie też bardzo ważne. A jeszcze ta korelacja Dzieci–dorosły: że wy zauważacie, my wszyscy zauważamy, że to są odrębne byty. To jest złoto i to jest jak najbardziej coś, pod czym się podpisuję. Dziękuję za zaproszenie. 

Pamiętajmy, że Dzieci, kiedy nie mają wokół siebie wspierających dorosłych, mądrych, dojrzałych towarzyszy, to one w dużej mierze, gdy słyszą na przykład pod swoim adresem inwektywy, niefajne komunikaty, lub dzieje się coś złego, lub czują, że są niekochane, nieakceptowane, niebrane właśnie z tym całym orężem – myślą, że z nimi coś jest nie tak. Jak kiedyś powiedziała moja przyjaciółka Gosia Gilmajster: „Nigdy nie myśl, że coś jest z tobą nie tak”. To wspaniałe, że my możemy utwierdzać w przekonaniu Dzieciaki, że z nimi nie jest nic nie tak. I zmieniać te przekonania absolutnie nieprawdziwe. Dziękuję.

Rozmowa spisana z poniższego wideo

Ty też możesz pomóc.
Uwierz w Dziecko.

Poznaj trudności i marzenia Dzieci
z Akademii Przyszłości i pomóż
zmienić historię jednego z nich.

Marta Młyńska

– edukatorka, trenerka, coachka, psycholożka in spe, autorka książki „Wypalona. Jak poradzić sobie z wypaleniem zawodowym i całkiem nie zgasnąć”. 

To również Cię zainteresuje: